czwartek, 10 września 2015

Musisz to mieć!





To nie jest kolejny post z top listą mebli i przedmiotów, które trzeba koniecznie mieć w swoim wnętrzu. To jest kilka słów refleksji architekt-blogerki, która siedzi w samym środku marketingowo-designerskiego mechanizmu pobudzającego naszą wyobraźnię i działającego na wszystkie nasze zmysły.

Jak wielu moim czytelników jestem wzrokowcem. Zatem wszystko co piękne, estetycznie atrakcyjne przyciąga moją uwagę. Jest ona tym bardziej wytężona i mocno skoncentrowana na wszystkim co dotyczy wyposażenia wnętrz z racji mojego zawodu. A odkąd zostałam blogerką  śledzenie i wyszukiwanie designerskich perełek stało się moi naczelnym obowiązkiem i ogromną przyjemnością. Zauważyłam jednak, że ze zbyt dużą łatwością wpadam w zachwyt i wzbudzam w sobie nieposkromioną chęć posiadania. Potrafię godzinami przeglądać strony sklepów internetowych z wyposażeniem wnętrz, nakręcając się na kolejne zakupy lub plany najpotrzebniejszych rzeczy do kupienia. Dostrzegam w sobie dziecięcy entuzjazm, wręcz fascynację i silne pragnienie przeniesienia połowy asortymentu sklepu do swojego mieszkania. To jest moja słabość. Na szczęście jeszcze nad nią panuję, bo nie wpadłam w zakupoholizm i na zachwycie oraz kolejnym poście na blogu wszystko się kończy. Oczywiście oddzielam przyjemność od zawodowego obowiązku wyszukiwania elementów wyposażenia dla swoim inwestorów. Kiedy siadam do pracy nad projektem w 100% koncentruje się na wyznaczonym zadaniu i bez problemu znajduję potrzebne mi rzeczy w  internetowej masie.

Chęć posiadania i poczucie obowiązkowego zakupu dotyczy także spraw dziecięcych. Odkąd zostałam matką, śledzę nowości modowe, zabawkowe i edukacyjne. I kiedy się czymś zachwycę, mam wrażenie, że jeżeli tego nie kupię straci na tym moje dziecko. Czegoś się nie nauczy, nie rozwinie w porę właściwych umiejętności lub ominie je frajda poznania nowej formy rozrywki. Od pewnego czasu uczę się nabierać do tego dystansu, nie obserwuję już z wypiekamy na twarzy parentingowych blogów, bo głównie one mnie tak niezdrowo napędzały. Wciąż jednak są dla mnie nieocenionym źródłem wiedzy i pomysłów, ale podchodzę do nich z rozwagą i rezerwą.

Podobnie ma się rzecz z designerskimi przedmiotami. Magazyny wnętrzarskie, portale i blogi tworzą katalogi rzeczy "must have", bez których nasze mieszkania nie mają charakteru ani stylu. Wielokrotnie sama na swoim blogu tworzyłam listę rzeczy, które warto mieć. No właśnie WARTO a nie NALEŻY. I nie wszystko. Bo wciąż najcenniejszy jest umiar i dążenie do minimalizmu. Jeżeli nie chcemy stworzyć wnętrza katalogowego, kalki powielającej tysiące podobnych aranżacji, kierujmy się rozsądkiem i poczuciem indywidualizmu. Można się wspomóc tym co modne, piękne i powszechnie doceniane, jednak należy pamiętać o marketingowym mechanizmie wyznaczającym dany trend, żeby nie stać się jego ofiarą. A to na czym nie warto oszczędzać to jakość. Lepiej mieć mniej stylizowanych przedmiotów czy mebli niż otaczać się masą słabych gatunkowo i bezwartościowych rzeczy.

2 komentarze:

  1. Genialny post! Tzn. mam dokładnie to samo i niedawno zaczęłam to sobie coraz silniej uzmysławiać, bo jeszcze jakiś czas temu wpadałam w ten szał i pozwalałam sobie zaszaleć - otrzeźwiło mnie dopiero podsumowanie zakupów i sprawdzanie przedmiotów w "realu" - niektóre "must have'y", chociaż ładne, okazały się mało przydatne w domu, tzn. w gruncie rzeczy niepotrzebne... Albo przetestowane (jak syrop do kawy Nicolasa Vahe - musiałam mieć tę butelkę obok ekspresu, prawda? No musiałam!) i już wiem, że raczej nie skuszę się po raz kolejny. Teraz o wiele rozsądniej podchodzę do zakupów, chociaż zachwycać się zachwycam, ale szybko przechodzi (albo idzie precz, albo przechodzi proces długiego rozważania przed zakupem ;)).
    Dzięki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z dużą łatwością ulegamy modzie na posiadanie wszystkiego co piękne. Na szczęście jesteśmy coraz bardziej tego świadomi i nabieramy potrzebnego dystansu. Tak trzymać! :)

      Usuń